O kamiennym carze i Matce Słońca

Na pewno wiecie, że kiedy mamie i tacie rodzi się dziecko to w rodzinie panuje ogromna radość. Wyobraźcie więc sobie jak szczęśliwi byli car i carowa, którym po wielu latach oczekiwania urodził się jedyny syn – następca tronu. Car bardzo się cieszył upragnionym dziedzicem, ale jeszcze bardziej bał się o jego bezpieczeństwo i życie. Bał się tak bardzo, że zrobił rzecz straszną.

Chcecie wiedzieć co się wydarzyło? To posłuchajcie…

 

Car miał wielu wrogów. Drżał, że któryś z nich może zagrozić życiu jego jedynaka. Dlatego postanowił odgrodzić go od świata. Kazał zbudować ogromną wieżę żelazną. Wieża otoczona była murem nieprzebytym i fosą przepastną. Miała tylko jedno jedyne maleńkie okienko na szczycie a i ono było zakratowane. W wieży, pozbawiona widoku słońca i drzew miała zamieszkać carowa ze swoim synkiem maleńkim. Uwięzieni mieli być dotąd, dopóki carewicz nie dorośnie i nie obejmie tronu po ojcu.

Zapłakała młoda carowa, kiedy usłyszała wolę swojego męża. Napróżno błagała go, żeby zmienił swój rozkaz. Nie pomogły łzy rzęsiste, nie pomogły błagania na kolanach. Car był nieugięty.

 

– Wzywam Słońce na świadka mojej niedoli, bo ono ma więcej litości niż ty, mój mężu o sercu z kamienia – wykrzyczała zrozpaczona matka.

Ledwo padły te słowa, car tak jak stał zamienił się w kamień o ludzkiej postaci. Tylko oczy w kamiennym posągu pozostały żywe. Na próżno błagała carowa Słońce, aby zdjęło zaklęcie z jej męża. Car pozostał w ponurej wieży. Samotny i zimny.

 

 

 

Może wam się wydaje, że tak nie jest, szczególnie gdy się nudzicie, ale czas naprawdę bardzo szybko płynie. Minęło lat dwadzieścia. Młody carewicz dorósł i miał zasiąść na tronie swojego ojca. Jednak tajemnica, którą wyjawiła mu matka, nie dawała mu spokoju. Cały czas myślał tylko o tym, jak uprosić Słońce, aby zdjęło czar.

– Pojadę do Słońca matko i ubłagam go. Ojciec mój 20 lat już cierpi za swoje winy – rzecze syn do swojej matki.
Wyruszył carewicz z błogosławieństwem carowej na swym koniu w drogę daleką, w drogę niebezpieczną. A my podążmy za nim, żeby zobaczyć co się wydarzy.

Po drodze spotyka wielu ludzi. Dla każdego ma dobre słowo, każdego serdecznie pozdrawia. Pewnego dnia jechał carewicz przez bezkresne pola. Patrzy, na polu ziemie orzą chłopi. Woły ich zakute w żelazo mało z wysiłku nie padną. Pokłonił się jeździec oraczom i nad ich trudem się użalił.
– Dlaczego nie używacie rzemiennej uprzęży? – pyta. – Lżej by było wam orać, lżej by było waszym wołom.
– Nie możemy – odpowiadają – woły nasze zaklęte są przez dewa o krwawych licach. Kiedy próbujemy zmienić wołom uprząż, dew na nowo zamienia ją w żelazo. Jedynym ratunkiem dla nas jest Matka Słońca.

– Nie traćcie nadziei dobrzy ludzie – rzecze carewicz. – ja właśnie idę do siedziby słońca, błagać go o zdjęcie czaru z mojego ojca. Spytam się Matki Słońca, jak można wam pomóc.

– Idziesz tam gdzie nikt inny się nie odważył – najstarszy z oraczy popatrzył na młodzieńca z uznaniem – dam ci jedną radę nieznajomy rycerzu. Masz tu oto cudowne listki lipowe, nałóż je na oczy, kiedy wejdziesz do królestwa Słońca. Uchronią one twój wzrok przed jego oślepiającymi promieniami.

 

 

Carewicz dar przyjął, pięknie podziękował, ludziom się pokłonił i pojechał w dalszą drogę. Jechał wiele, wiele dni. Krajobraz stał się górzysty i surowy. Na szczytach gór śniegi wieczyste leżą, w dole hale zielone. Doleciał carewicza dźwięk dzwoneczków na hali. Patrzy, a tam w oddali stado owieczek i baranków prowadzone przez 3 pasterzy. Pokłonił się jeździec pasterzom i nadziwić się nie może. Runo na owieczkach długie i zwisa aż do ziemi.

Użalili się nad swoim losem pasterze. To dew o dziewięciu głowach zaczarował im stado. Żadne nożyce na ziemi nie są wstanie ściąć tej wełny. Jedynie Matka Słońca mogłaby znaleźć radę na te złe zaklęcia.

– Nie traćcie nadziei dobrzy ludzie – rzecze carewicz, – ja właśnie idę do siedziby Słońca, błagać go o zdjęcie czaru z mojego ojca, spytam się Matki Słońca jak można wam pomóc.

– Idziesz tam gdzie nikt inny się nie odważył – najstarszy z pasterzy popatrzy na młodzieńca z uznaniem – dam ci jedną radę nieznajomy rycerzu. Nie zbaczaj na krok z tej wąskiej górskiej ścieżki, choćbyś widział inne mniej strome i wygodniejsze drogi. Gdy przybędziesz na szczyt śnieżnobiałej góry, puść wolno swojego konia, a sam czekaj na pierwszą istotę, która się zjawi. Ona powiedzie ciebie do siedziby Słońca.

 

Carewicz, pięknie podziękował, ludziom się pokłonił i pojechał w dalszą drogę. Jechał wiele, wiele dni. Droga była coraz bardziej stroma i coraz węższa. Dniem dokuczał mu upał, a nocą mróz siarczysty. W końcu dotarł na szczyt góry. Puścił konia wolno tak, jak mu radził najstarszy pasterz, a sam usiadł pod skałą i czekał. Nagle zauważył wielkiego jelenia o rogach sięgających nieba. Jeleń jęczał z wysiłku tak ciężkie było jego poroże.

– Po co ci takie wielkie rogi? – pyta carewicz.
– Nikt nie może mnie od tych rogów uwolnić – zajęczało zwierzę – kroku zrobić nie mogę, wkrótce z głodu umrę i z pragnienia. Jedynie Matka Słońca mogłaby mi pomóc.

– Nie trać nadziei jeleniu — rzecze carewicz, ja właśnie idę do siedziby Słońca, błagać go o zdjęcie czaru z mojego ojca. Spytam się Matki Słońca jak można ci pomóc. I opowiedział jeleniowi całą historie, która wydarzyła się przed 20 laty.

– Idziesz tam gdzie nikt inny się nie odważył – wystękał jeleń. Wiem jednak, że musisz spróbować, aby uwolnić ojca od zaklęcia. Pomogę ci, inaczej spłonąłbyś niechybnie w płomieniach słonecznych. Wyrwij włos z mojej sierści, a gdy dotrzesz do bram pałacu Słońca rzuć go w ogień. Staniesz się wtedy niewidzialny, a Słońce nie będzie miało nad tobą władzy.
A teraz nie trać czasu. Musisz wspiąć się na moich rogach do nieba.

 

Carewicz, pięknie podziękował, jeleniowi się pokłonił, chwycił go za rogi i rozpoczął swoją wspinaczkę. Wspinał się tak 2 dni i 2 noce całe. Żar z nieba był coraz większy. Ręce mu mdlały z wysiłku, tchu już nie mógł złapać z gorąca, ale nie ustawał. Po 2 dniach i 2 nocach dotarł do bram nieba. Uchylił szczerozłotą bramę i zemdlony padł na dziedziniec pałacowy.

Ocknął się w cienistej altanie w cudownym ogrodzie. Nad nim pochylała się stareńka kobieta w białej chustce na głowie. Była to Matka Słońca. Carewicz opowiedział jej całą historię. O swoim ojcu zaklętym w kamień, o oraczach, których krzywdzi dew, o pasterzach z górskich hal pasących zaczarowane owce, a na końcu o dobrym jeleniu, który pomógł mu się dostać do bram pałacu.

Przypomniała sobie Matka Słońca o losie cara, o trudzie oraczy i pasterzy, a także o niedoli jelenia. Siedząc bowiem na ławeczce w swoim pięknym ogrodzie miała widok na całą ziemię, którą jej syn ogrzewał promieniami słonecznymi i nieraz załamywała ręce nad ludzkim nieszczęściem.

Mateczko – błaga carewicz, – wiele trudów przeżyłem, proszę ciebie na kolanach wstaw się za moim ojcem u twojego syna. Ulituj się też nad udręczonymi oraczami, bezsilnymi pasterzami oraz nad jeleniem, który niechybnie umrze z głodu i z pragnienia, jeżeli nie straci swoich rogów nieba sięgających.

Pomogę ci, bo serce masz dobre i dzielne, współczujące niedoli ludzi i zwierząt – rzekła matka słońca, kiedy carewicz zakończył swoją opowieść. A teraz spal włos z sierści jelenia, który uczyni cię niewidzialnym, nałóż na oczy czarodziejskie listki lipowe i ukryj się prędko bo słyszę, że mój syn już wraca do pałacu.

 

 

Jak starowinka powiedziała, tak też carewicz zrobił. Pora była już najwyższa bo pałac już cały stanął w ogniu, a szyby w oknach rozbłysły od promieni słonecznych. Kiedy Słońce odpoczęło po trudach dnia, matka z synem usiedli w cienistej altance i rozpoczęli pogawędkę o tym, co wydarzyło się na Ziemi w dniu dzisiejszym.

Długo opowiadało Słońce o niegodziwościach, jakie codziennie popełniają ludzie. O sporach jakie wiodą miedzy sobą, o krzywdach, jakie wyrządzają swoim bliskim.

– Przypomniałeś mi synku, – rzecze Matka Słońca, – o carze, którego zakląłeś w kamień, za to, że syna swego i żonę chciał uwięzić w wieży i pozbawić widoku świata pięknego. Czy nie myślisz, że już dostatecznie wycierpiał za swoje winy, toż on w kamień zaklęty chyba już ze 20 lat.

– Jeżeli droga matko moja tak leży ci na sercu los kamiennego cara, chętnie zdejmę z niego moje zaklęcie – Słońce pochyliło się z czułością nad siwą głową staruszki – i ja uważam, że dostatecznie już odpokutował swoje przewinienia. Czar zostanie zdjęty z posągu, jeżeli jego syn skropi jego oczy wodą ze źródełka, które tryska w twoim ogrodzie.

Wszystko to słyszał carewicz. Kiedy Słońce udało się na zasłużony odpoczynek, carewicz odzyskał swoją ludzką postać. Razem z Matką Słońca zaczerpnął wody z cudownego źródełka tryskającego w pałacowym ogrodzie.

 

– Do mojej śmierci będę ci droga matko wdzięczny za twoją dobroć – rzecze uradowany – wybacz mi proszę o pani, że ośmielę się jeszcze raz prosić o twoją łaskę. Tylu ludzi pomogło mi dotrzeć do wrót twojego pałacu. Ludzi przytłoczonych wielkim nieszczęściem, na które ty Pani możesz poradzić. Nie pozwól mi wrócić do nich z pustymi rękoma, wszak twoja potęga może pokonać dewów i uratować jelenia od śmierci niechybnej.

– Zrobię to z przyjemnością, mój synu – uśmiechnęła się staruszka. Oto ziele czarodziejskie. Niech oracze dosypią go do paszy wołów, a ich żelazna uprząż natychmiast opadnie. Dew o krwawych licach już nigdy nie będzie miał ich w swojej władzy. Weź też te oto nożyce, które zetną runo owiec zaklętych prze dewa dziewięciogłowego. Kiedy zaś opuścisz się na ziemię po rogach wiernego jelenia, potrzyj tą oto maścią jego rogi u samej nasady, a one połamią się jak suche gałązki na wietrze.

Pokłonił się carewicz Matce Słońca i na ziemię po rogach się opuszcza. Schodził tak dwa dni i dwie noce. Kiedy tylko dotknął stopami ziemi, za szyję jelenia chwyta, tuli się do niego jak do najlepszego przyjaciela, rogi mu maścią smaruje i od nieznośnego ciężaru go uwalnia. Potem bez zwłoki jedzie na swym koniu do pasterzy na górskich halach. Nożyce im wręcza, szczęścia im życzy i pędzi dalej byle jak najszybciej ojca swego od dwudziestoletniego czaru uwolnić. Jeszcze tylko oraczom ziele czarodziejskie daje i już bramy zamku rodzinnego przekracza. Z matką po schodach na szczyt wieży biegnie i oczy ojca czarodziejską wodą skrapia.

Ożył car zaklęty w kamień. W żywego człowieka się przemienił. Żonę i syna uściskał. Ze łzami w oczach ich przeprasza. Zostawmy ich teraz niech cieszą się swoim szczęściem. A wy pobiegnijcie uściskać waszych rodziców, którzy mimo tego, że boją się o wasze bezpieczeństwo, nie zamykają was przecież w żadnej wieży żelaznej, murem i fosą otoczonej.

 

Na podstawie bajki Wandy Markowskiej i Anny Milskiej “O kamiennym carze i Matce Słońca”

ilustracje Agnieszka Cieślikowska