Godzina 6 rano. Budzik dzwoni już po raz drugi. Nasz plan, by rozpocząć dzień iście po wietnamsku, czyli przed godziną 5, spalił na panewce przy pierwszej próbie pobudki. Szybkie mycie zębów i w drogę ku ścieżce zdrowia. Na szczęście, nasz pokój w akademiku ma na tyle komfortowe warunki, że możemy poszczycić się luksusem dwóch umywalek. Ale poza nimi, to, w zasadzie, już niczym. Przed nami ten pokój zamieszkiwali niewymagający studenci z Laosu i warunki są spartańskie. Oczywiście, za dużo wyższą cenę, można było mieć w pokoju nawet lodówkę, tak jak nasz amerykański sąsiad z dołu.

My jednak poszłyśmy na całość. Jeszcze trochę zaspane wychodzimy z Ewą na ulicę, która przypomina Marszałkowską w godzinach szczytu. Spóźniłyśmy się! Chciałyśmy zacząć dzień razem z Wietnamczykami. A tu już i pho ga i pho bo się gotuje (podstawowy posiłek – zupa na bazie kurczaka albo wołowiny z makaronem ryżowym). Z kolei, z drugiej strony ulicy dochodzi nas zapach zupy ze ślimakami – bunoc. Wszyscy gdzieś się spieszą.

Dopiero teraz widzimy, że te białe pasy na chodnikach, wyznaczające granice boiska do badmintona, wcale nie są atrapą. Później te miejsca zajmą wędrujący sprzedawcy książek albo kobiety smażące omlety, które będą dopełnieniem małych, nadmuchanych tak, że prawie pustych w środku, bagietek (banh my trung) – pozostałości po francuskiej kolonizacji. O 6 rano te miejsca spełniają swoją pierwotną rolę i Wietnamczycy rozgrywają mecz badmintona. Na oko, trudno nam ocenić wiek, ale to już raczej matki i ojcowie nie jednego dziecka. Naszym celem jest pobliski park Le Nin (Lenina), przy jeziorze Ho Bay Mau (Siedmiu Hektarów). To w nim chcemy przywitać dzień, który, zgodnie z medycyną Wschodu, należy rozpocząć od rozciągania się i odnalezienia wewnętrznego spokoju ducha w tej “kakofonii” barw, ruchu i smaków.

Siłą rzeczy nie wyglądamy na rodowite Wietnamki, chociaż Ewie, kolorem włosów, bliżej do nich niż mi. Czujny pan przy bramie do parku nie dał się zwieść nawet mojemu Chao anh, dopracowanemu wówczas niemalże do perfekcji i musiałyśmy zapłacić za wejście. Byłyśmy tym faktem tak zbulwersowane, że nawet nie zauważyłyśmy “szczęściarza”, któremu spodobał się portfel Ewy. Ale o tym miałyśmy się dowiedzieć dopiero po sesji Falun Gong.
Praktyka Falun Gong jest rytuałem polegającym na doskonaleniu ciała i umysłu. Zakazana w Chinach od 1999 roku, w Wietnamie istnieje, chociaż nie według Ministerstwa Spraw Zagranicznych państwa. Publiczną naukę tej, jak niektórzy ją nazywają, religii rozpoczął w północno-wschodnich Chinach Mistrz Li Hongdży w 1992 roku. Swoje wartości wywodzi ona z filozofii buddyzmu, taoizmu oraz konfucjanizmu. Po siedmiu latach działalności, Falun Gong praktykowało, co najmniej, 70 mln Chińczyków. Obawa przed jej rosnącą popularnością i niezgodność z ateistyczną doktryną rządu sprawiła, że KPCh zakazała praktykowania Falun Gong zarówno w miejscach publicznych, jak też prywatnie.

Tym, co nas bardzo zdziwiło po wejściu do parku była ogromna liczba ludzi. Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że Wietnamczyków, po prostu, wszędzie jest dużo. Jednakże dla nich dzień bez porannej dawki ruchu to dzień stracony, dlatego tak tłumnie tu przybywają. Wszystkie miejsca nie porośnięte zielenią były okupowane przez ludzi tańczących tańce towarzyskie, uprawiających sztuki walki, nawet te z białą bronią, medytujących oraz stosujących różne techniki rozciągania. Pomijam oczywiście osoby biegające, truchtające czy po prostu spacerujące dookoła jednego z kilkunastu jezior Ha Noi. Ilość ludzi oraz ich dynamika, w połączeniu z różnorodną muzyką, sprawiały wrażenie bałaganu. Nie mogłyśmy znaleźć dla siebie miejsca. Poza tym, że byłyśmy jedynymi białymi dziewczynami, to jeszcze byłyśmy tam najmłodsze. Średnią wieku oszacowałyśmy na 50 lat. W końcu ktoś wypatrzył nasze nieśmiałe spojrzenia i przygarnął do swojej grupy. Od jednej pani dostałyśmy siatkę foliową, by na niej usiąść, druga natomiast pomagała nam spleść nogi w kwiat lotosu, ignorując strzykanie w naszych sztywnych kościach.

Zajęcia nie były trudne, chociaż i tak nasze ruchy nie były tak płynne i zgrabne, jak weteranów Falun Gong. Obawiałam się na początku, że ludzie sceptycznie podejdą do naszej obecności, ale ku mojemu zdziwieniu wszyscy pomagali nam w ćwiczeniach i udostępniali swoje miejsca na chodnikach. Tradycyjnie po gimnastyce wszyscy udają się na szklaneczkę mocnej zielonej herbaty, ale my wtedy właśnie odkryłyśmy stratę portfela i nasz dobry humor zniknął. Następny tydzień upłynął pod hasłem oszczędzania. Na szczęście, żywiąc się w studenckiej dzielnicy Bách Khoa, można było wydać na 3 posiłki dziennie łącznie 30 tysięcy đongów, czyli niecałe 5 zł. A wybór potraw wcale nie był ograniczony. Nasz dzienny budżet wystarczał nawet na obiad z kebaba, pod warunkiem, że pozostałe posiłki były już wegetariańskie, bo mięso znacząco podnosiło cenę potraw.

 

Po śniadaniu i dokładniejszej toalecie przyszedł czas na szkołę. Wydział Języka Wietnamskiego Dla Obcokrajowców należy do Uniwersytetu Ha Noi, ale mieści się w części zajmowanej przez politechnikę, która, z racji praktycznego zastosowania nauk, jest uczelnią bardziej poważaną wśród Wietnamczyków. Studenci, to w większości reprezentanci krajów zaprzyjaźnionych lub tych, z którymi “polityczny romans” się skończył, ale sympatia pozostała – a zatem Kubańczycy, Chińczycy, północni Koreańczycy (tylko dzieci dyplomatów mieszkające w ambasadzie), Mogołowie, Rumuni, Rosjanie. Mniej liczni, ale także obecni, byli też: Białorusini, Węgrzy i oczywiście Polacy. Zauważalną grupę stanowili Amerykanie, którzy do Wietnamu przyjeżdżali na nie dłużej niż 6 miesięcy. Jednakże ich stypendia, w przeciwieństwie do pięcioletnich rumuńskich czy kubańskich, dawały im szansę tylko na powierzchowną integrację z wietnamskim systemem edukacji. Zajęcia na uczelni trwały 4 godziny i odbywały się 4 razy w tygodniu. Środa była zawsze dniem wolnym, który można było spożytkować na własne zajęcia w terenie lub skorzystanie z tańszych (do godziny 18) biletów do kin – nowoczesnych niczym polskie multipleksy.

Mój nauczyciel wykładał w tempie huraganu i codziennie na zajęciach przyswajaliśmy porządną dawkę nowych słówek. Bez powtórzenia ich tuż po zajęciach, nic nie pozostawało w głowie następnego dnia. Największym problemem nie była dla mnie wcale pisownia słówek ani gramatyka, która z całym szacunkiem dla tego języka, nie należy do najbardziej skomplikowanych, lecz wymowa – przyczyna moich nieprzespanych nocy – tony. Język wietnamski posługuje się bowiem 5 tonami i brakiem tonu, co też przecież jest innym dźwiękiem a á, a, a, a, a i a. Dla porównania, uchodzący za symbol trudności lingwistycznej, język mandaryński ma 4 tony, a z doświadczenia nauki języka koreańskiego wiem, że pozornie skomplikowany hangyl (koreański alfabet) jest dużo łatwiejszy do wymowy niż tony i samogłoski ze znakami diakrytycznymi w języku wietnamskim – ă, â, a, a, a. Co więcej, naturalne jest, że każdy człowiek wymawia słowa trochę inaczej, nie wspominając już o różnicach, wynikających z zamieszkania w różnych regionach kraju. W języku wietnamskim jeszcze wyraźniej było słychać indywidualne naleciałości, co utrudniało zrozumienie nowo poznanego Wietnamczyka. Oczywiste jest również, że najłatwiej było mi zrozumieć Polaków mówiących po wietnamsku.

Zatem, z bardzo zmęczonym umysłem opuszczamy sale o godzinie 17 i udajemy się albo do akademika, albo na obiad na bazar lub, w ostateczności, od razu do centrum miasta.

Na potrzeby artykułu przyjmijmy ciekawszą wersję – pełne energii udajemy się na podbój Ha Noi. Z koleżanką Ewą miałam ambitny plan zwiedzenia jednego muzeum i spróbowania jednej dziwnej potrawy w ciągu każdego tygodnia. Ha Noi może się poszczycić prężnym życiem kulturalnym, z którego czerpałyśmy garściami, odwiedzając niezliczone muzea i wystawy. Obowiązkowa jest oczywiście wizyta u Wujka Ho. Ponieważ mauzoleum, w którym spoczywa otwarte jest tylko do godziny 11, dlatego po szkole wybrałyśmy się do jego muzeum.

Polska ambasada w Ha Noi znajduje się w bardzo uprzywilejowanym miejscu. Z jej okien można podziwiać zarówno mauzoleum Ho Chí Minha, jak i jego muzeum. Dosłownie, miejsce w pierwszym rzędzie. Samo muzeum, według mnie, powinno przejść do historii jako największe muzeum kiczu. I tak, po obowiązkowym obejrzeniu stosu dokumentów, zdjęć i książek o wielkim przywódcy Wietnamu, na półpiętrze witała zwiedzających monumentalna, pozłacana postać Ho i zapraszała na planetę Mars. Inaczej nie mogę opisać drugiego poziomu muzeum, jak tylko – “Autostopem przez galaktykę”. Gustownie wkomponowane w scenerię, rodem ze Star Treka, dzieła Picassa przeplatały się ze zdjęciami kobiet i tańczących postaci, utrzymanymi w secesyjnym klimacie. Obecne były także fotografie pierwszych prób wznoszenia się człowieka w powietrze, jak również wizerunki Alberta Einsteina, Marii Skłodowskiej-Curie, Marksa i Engelsa. Nie zabrakło także stołu z owocami, który powinien należeć do Guliwera, podczas gdy ja byłabym Liliputem. Jednym słowem, muzeum nie z tej ziemi. Oczywiście wszystko było powiązane z Ho Chí Minhem, którego zdjęcia oraz cytowane wypowiedzi pojawiały się na każdym kroku.

Wzbogacone wewnętrzne o nowe doświadczenie postanawiamy następnie zadbać o wygląd i zaryzykować wizytę u wietnamskiego fryzjera, bo przecież czeka nas jeszcze spotkanie ze znajomymi na starówce. Nazwy ulic w Ha Noi, jak niegdyś i u nas, są tematyczne i pochodzą od produktów tam wyrabianych czy sprzedawanych. Jeżeli chce się kupić buty, to wiadomo, że tylko na pho Hang Dau, to samo, jeśli szuka się książek, sukna czy kadzidełek do święcenia w pagodach – wiadomo, gdzie się udać. Z jednej strony, jest to dość wygodne, ponieważ nie trzeba się długo zastanawiać, gdzie można kupić daną rzecz i ma się duży wybór przy niewielkim wysiłku fizycznym. Jednak z drugiej strony, gdzie tu logika sprzedawców? Sami sobie czynią większą konkurencję. W rozproszeniu mieliby więcej szans na zarobek, gdyż klient, nie mając wyboru, kupowałby właśnie od ich. Nawet z jedzeniem sprawa wygląda podobnie. Obok siebie ustawiają się kobiety i smażą dokładnie to samo, i podają z dokładnie tymi samymi dodatkami. Było to dla mnie dość irytujące: jeśli byłabym głodna i nie chciała akurat bún nem (sajgonek z ryżowym makaronem), musiałabym pójść na dość długi spacer, nim znalazłabym, np. my xao hai san (smażony pszenny makaron z owocami morza).

Jakby nie było, skoro dziewczynom zachciało się fryzjera, wiedziały, gdzie się udać. Pozostało tylko złapać xe ôm (taksówkarza na skuterze). Pozornie proste zadanie składa się z trzech punktów. A – znaleźć xe ôm. Gdy się go nie potrzebuje, nagabuje co pięć sekund, ale czasami można się naprawdę natrudzić, nim się go znajdzie. Załóżmy, że tym razem poszło szybciej, a zatem można przejść do punktu B, czyli – zbić cenę xe ôm “dla białych” do ceny “dla wprawdzie zagranicznych, ale studentek wietnamskiego”. W tym celu miałam już przygotowaną formułkę, którą zawsze uruchamiam z odpowiednim wyrazem twarzy: Chao anh. Chúng tôi muon đi pho Hai Ba Trung. Bao nhieu tien? The a?! Tai sao? Em la sinh vien. Sinh vien không có nhieu tien. W wolnym tłumaczeniu chodzi o to, że, czemu tak drogo i że studentki nie mają pieniędzy. Gdy już zgadzamy się co do kosztów transportu, zostaje jeszcze punkt C – przekonać naszego kierowcę, że policja nie jest wcale taka groźna i że nie musimy zakładać kasków, a raczej, że założymy je pierwsze, nim oni dostrzegą nas bez nich. Zważywszy na niesamowitą ilość skuterów na drodze i tragiczną częstotliwość wypadków, wprowadzono w Ha Noi nakaz jazdy z kaskami, wspomagany kampanią społeczną. Wietnamczycy, bojąc się kar, poniekąd jeżdżą w nich, ale duża część motocyklistów nie zapina kasków. Natomiast zamysł naszego manewru, nie bardzo zrozumiałego dla xe ôm, miał uchronić nasze włosy przed fryzjerskim cięciem, które mogło być mocniejsze niż planowałyśmy. Problem wszy nie jest w Wietnamie żadnym tabu. Wstydem też nie jest iskanie się w kawiarni, na chodniku, na przystanku autobusowym czy w sklepowej kolejce. Oczywiście, nasz pomysł nie był najbardziej rozsądny ze względów bezpieczeństwa, dlatego później przemieszczałyśmy się zaopatrzone już we własne kaski.

Zatem jedziemy, kierunek – fryzjer. Miałam swoją ulubioną fryzjerkę, która ani droga, ani krzywdy nigdy nie zrobiła, dlatego byłam jej wierna. A jej salon wyglądał profesjonalnie, w porównaniu z męskimi “salonami” na ulicy. Wprawdzie, pani fryzjerka drzemała sobie na łóżku, do którego schody widać w prawym rogu zdjęcia, jednak znajomość blondynki coś niecoś mówiącej po wietnamsku, sprawiła, że wcale się nie rozgniewała. Biały, starający się mówić w ich języku, nawet kosztem jego kaleczenia, automatycznie budzi wielką sympatię i rozpoczyna się ciąg pytań o wiek, narodowość, cel pobytu. Odpowiedzi na te pytania mam zatem opanowane niemalże do perfekcji. Z podciętymi i wyprostowanymi włosami udajemy się na starówkę ( pho co), gdzie już czekają nasi znajomi. Za dnia jest to główne miejsce pielgrzymek turystów, nocą zaś “przystań” dla miejscowych. Ulice tętnią życiem. Jedni za cel obierają jezioro Ho Hoan Kiem i mieszczącą się na jego środku pagodę Ngoc Son, inni – katedrę Nha Tho Lon i przepyszne shaki z mango (sinh to xo ai), jeszcze inni – most cau Churong Durong nad Czerwoną Rzeką (Sông Hong, która w bezpośrednim tłumaczeniu jest Rzeką Różową) lub najsłynniejsze skrzyżowanie na starówce – Freedom Corner, potocznie zwane bia hoi, chociaż znaczy to tyle, co “piwo z beczki”, którego można się napić niemal wszędzie. Lecz, nim usiądziemy na bia hoi, wrócę jeszcze do jeziora Ho Hoan Kiem, ponieważ każdy interesujący się Wietnamem powinien znać jego legendę. Dawno, dawno temu, a dokładniej w wieku XV, armia chińska najechała na Wietnam. Wybuchające raz po raz bunty przeciwko agresorowi nigdy nie były zwycięskie. Widząc sytuację w kraju, święty imieniem Long Quân postanowił pożyczyć rodakom miecz, którym mogliby pokonać wroga. Lecz droga do niego nie była łatwa. Miecz został podzielony na dwie części. Pierwszą – ostrze, miał odnaleźć rybak imieniem Le Than. Pewnego dnia, w czasie połowu, wyciągnął z jeziora ciężki kawałek metalu, który wyrzucił z powrotem do wody. Trzy razy wyciągał sieci i za każdym razem ów kawałek metalu był w nie zaplątany. Ostatecznie, rybak postanowił zabrać go ze sobą do domu. Jakiś czas później Le Than wstąpił do wojska, gdzie odniósł wiele sukcesów. Dostąpił zaszczytu odwiedzin generała Le Loi. Znając swoje przeznaczenie, ostrze miecza zaczęło wówczas błyszczeć i przykuło uwagę generała. Le Loi wziął je, nie wiedząc jeszcze, że niebawem to on, podczas spaceru w lesie, znajdzie na czubku drzewa drugi kawałek miecza – rękojeść. Gdy połówki miecza się spotkały, armia Le Loia poczęła, z dnia na dzień, rosnąć w siłę, aż odniosła zwycięstwo nad armią chińską. Wkrótce po tamtych wydarzeniach, Le Loi – wówczas już jako cesarz i założyciel dynastii Le – pływał łodzią po jeziorze Luc Thuy (obecnie Hoan Kiem). Niespodziewanie na powierzchnię wypłynął ogromny złoty żółw i przemówił do króla ludzkim głosem: – Proszę, żebyś oddał miecz Long Quân.Słysząc te słowa, Le Loi zrozumiał, że to święty pożyczył mu miecz, aby pokonał najeźdźcę. Wrzucił zatem miecz do wody, by wrócił do swojego prawowitego właściciela. Szybki niczym błyskawica żółw otworzył pysk, złapał miecz i zniknął pod wodą. Od tamtej pory jezioro Luc Thuy nosi nazwę Ho Goum (Jezioro Miecza) lub Ho Hoan Kiem (Jezioro Zwróconego Miecza).

Poznawszy nieco kultury, możemy przejść teraz do społecznego fenomenu bia hoi. Jest to tanie (3000 đongów – 48 gr za dużą szklankę), lekkie (około 3% alkoholu) i świeże (codziennie warzona i dostarczana jest nowa porcja) piwo, które idealnie gasi pragnienie w 40-stopniowym, sierpniowym upale, nie pozbawiając jednocześnie czujności zmysłów jak zwykłe piwo. Bia hoi piją wszyscy: i tubylcy, i turyści. O ile przewodnik National Geographic nie zachwala tego napoju, to już Lonely Planet, z którym podróżuje większość, przybywających do Wietnamu, turystów, wie, gdzie skierować spragnionych. Tam też siadamy i my – studenci z Polski, Kuby, Rumunii oraz Australijczycy i Amerykanie, uczący w jednym z centrów języka angielskiego, które rosną w Ha Noi jak grzyby po deszczu. Niewielkie bary na chodniku muszą być zamknięte do północy, a wszystkie niedopałki pozamiatane, co każdego dnia jest sprawdzane przez policję. Po godzinie 1 przychodzi również kolej na kluby. Jednakże ich właściciele wypracowali sposób na godzinę policyjną i za zaryglowanymi, na cztery spusty, drzwiami trwa impreza. Gdy chce się wyjść w okolicach niebezpiecznej godziny, pilnujący od środka drzwi, Wietnamczyk wysyła sms-a na zewnątrz, czy teren jest wolny. Raz zdarzyło mi się czekać pół godziny na wyjście. Sztuką też jest zjedzenie czegoś po północy. Trzeba wiedzieć, w które drzwi zapukać. Znam tylko jedno miejsce, w którym można zjeść porządny posiłek, ale o kanapki z omletem albo gotowanego kurzego embriona jest już dużo łatwiej. Ze znalezieniem transportu powrotnego do akademika nie ma problemów – xe ôm nie sypia. Gorzej jest z przekroczeniem bramy budynku, która jest zamykana około północy, a panowie pilnujący akademików nie są skorzy do jej otwierania. Ale pokonywania i tej przeszkody można się nauczyć, np. przechodząc górą. Teraz już tylko sen. A jutro nastanie nowy dzień.

Tekst: Maria Kotowska
Zdjęcia: Maria Kotowska, Ewa Lorenc
Legenda opracowana wg tłumaczenia Karoliny Gockowiak

Sfinansowano ze środków Europejskiego Funduszu na rzecz Integracji Obywateli Państw Trzecich i budzetu panstwa.

flaga