Tradycja lunarnego Nowego Roku rozpowszechniona jest w wielu krajach Azji, ponieważ przemiana zimy w wiosnę, wiąże się w tym regionie świata, z zachodzeniem klimatycznych anomalii. I tak, aby uniknąć powodzi lub suszy, ludzie od dawien dawna stosowali magiczne obrzędy, odstraszające demony i przyciągające szczęście. Żyjąc zgodnie z rytmem natury, po dwunastu miesiącach pracy rozpoczynali okres odpoczynku.

W Wietnamie Nowy Rok nosi nazwę Tet, czyli spojenie bambusowej łodygi, które symbolizuje kolejny etap życia. Data święta jest ruchoma, ponieważ wyznaczana jest na podstawie kalendarza księżycowego. Obecnie został on wyparty przez kalendarz gregoriański, jednak w dawnych czasach regulował prace na polach uprawnych, a więc również czas wolny: świąt i festiwali. Główne obchody Tet rozpoczynają się w pierwszy nów, który wypada między dziesiątym stycznia, a połową lutego.

Trzydziestego dnia dwunastego miesiąca lunarnego, zaraz po zmroku ulice pustoszeją, ponieważ wszyscy przygotowują się do “an Tet”, czyli jedzenia ostatniej kolacji w roku. Jest to wyjątkowy czas zjednoczenia nie tylko rodzin, ale również spotkania ze zmarłymi, dlatego najpierw zostają złożone ofiary na ołtarzu przodków. Dary mogą się różnić w zależności od regionu zamieszkania, zamożności rodziny czy upodobań przodków, jednak zwykle gospodarz zapala kadzidła, stawia kieliszki z alkoholem, czarki z herbatą, świeże kwiaty i miskę z wodą. Różnice w tradycji noworocznej między mieszkańcami północnej i południowej części Wietnamu, szczególnie widoczne są w przygotowywaniu talerza z pięcioma owocami, który stawiany jest na ołtarzu przodków. Poza funkcją dekoracyjną, reprezentuje on koncepcję taoistyczną, według której świat składa się z pięciu elementów: metalu, drewna, wody, ognia i ziemi. W wierzeniach ludowych dar ten ma również formę dziękczynienia za udane plony i zapewnienia sobie zamożności na nadchodzący rok. Symbolika tego daru, kryje się też w grze słów – nazwy owoców tworzą zdanie “modlić się, aby zapewnić rodzinie wszystkiego pod dostatkiem w nowym roku”. Talerz z owocami, ułożonymi piramidalnie, zawiera zwykle od pięciu do ośmiu ich rodzajów: kiść bananów, grejpfruty pomelo, cytrusy “dłoń Buddy” i tanżeryny, limonki, pomarańcze, jabłka lub persymony. Współcześnie możliwe są pewne odstępstwa od tradycji, takie jak złożenie w ofierze kokosów czy arbuzów, przystrojenie ich kwiatami czy kolorowymi lampkami elektrycznymi. Zwykle na północy Wietnamu talerz z owocami jest skromniejszy niż na południu, ze względu na mniejszą ilość owoców dostępnych zimą.

Po złożeniu darów rodzina rozpoczyna świąteczny posiłek. Wśród noworocznych potraw nie może zabraknąć banh chung – gotowanego w liściach dong, ciasta z kleistego ryżu, wypełnionego farszem z fasoli i tłustego wieprzowego mięsa. Przygotowanie tego specjału zabiera domownikom wiele godzin, dlatego czas ten spędzają na opowiadaniu legend i rodzinnych historii. Podczas kolacji podawane są także inne tradycyjne potrawy, m.in.: ryż barwiony na czerwono, szynka zawinięta w liście bananowca oraz marynowane szalotki.

Przed północą domownicy zbierają się przed ołtarzem Władcy Niebios. Po złożeniu ofiar i zapaleniu kadzideł, wszyscy z niecierpliwością czekają, aż niebo rozświetli się fajerwerkami, które przeganiają demony, szczególnie chętnie pojawiające się na ziemi w ostatnią noc roku. Demony zresztą nie tylko boją się hałasu sztucznych ogni, ale również czerwonego koloru, dlatego domy przystrajane są łańcuchami z papryki chilli, a na zielonych gałęziach noworocznych zawiązuje się czerwone wstążki. Po północy gospodarz rozpala ognisko, na którym spalane są papierowe pieniądze, zapewniające łaskę bogów. Ponieważ w Wietnamie nie obchodzi się urodzin, Tet to szczególny czas dla dzieci. Dostają w prezencie czerwone koperty z pieniędzmi oraz słodycze i kandyzowane owoce.

Obchody Nowego Roku trwają przez trzy dni, podczas których trzeba przestrzegać dwóch zakazów: sprzątania oraz prowadzenia sporów. Pierwszy zwyczaj związany jest z legendą o kupcu, który przygarnął biedną sierotę. Od tego dnia zaczął osiągać same sukcesy i szybko wzbogacił się. Jednak pewnego dnia, podczas Tet, dziewczyna sprzątając stłukła cenną wazę. Obawiając się kary schowała się za śmieciami na podwórzu. Kupiec, który stał się okrutnikiem, odkąd się wzbogacił, długo szukał dziewczyny, chcąc zbić ją miotłą. W końcu poddał się i zmiótł resztki wazy wraz ze śmieciami na pole. Dziewczyna nie odnalazła się, a kupiec szybko stał się biedny, ponieważ “wymiótł” Boginię Szczęścia ze swojego domu. Drugi zakaz przestrzegany przez Wietnamczyków podczas pierwszych dni Nowego Roku dotyczy kłótni. Wszelkie spory między członkami rodziny i sąsiadami zostają zażegnane, ponieważ to, co wydarzy się podczas pierwszych dni, będzie miało miejsce przez następnych dwanaście miesięcy.

Pierwszy dzień nowego roku przeznaczony jest na rodzinne spotkania, podczas których wspólnie się ucztuje. Domownicy wstają wcześnie rano, aby przygotować się na nadejście gości. W zależności od tego, kto przestąpi próg domu, może wnieść do niego przychylność bogów, albo ich niełaskę. Podczas noworocznych spotkań Wietnamczycy życzą sobie najczęściej pomyślności, dostatku i długowieczności, ale tradycyjne życzenia brzmią “syna na początek roku, córki na koniec”. Ci, którzy nadal nie są pewni jaki los spotka ich w najbliższym czasie udają się do pagód i świątyń, aby wywróżyć sobie szczęście lub zakupić noworoczne życzenia wypisane na czerwonym papierze. Drugi dzień zwykle spędzany jest z przyjaciółmi, a trzeci z nauczycielami, którzy w Wietnamie cieszą się dużym szacunkiem.

Świąteczna atmosfera nie kończy się jednak wraz z nastaniem czwartego dnia nowego roku, bowiem wiosna to czas ludowych festiwali w pagodach i świątyniach.

W 2008 roku miałam okazję obchodzić w Wietnamie lunarny Nowy Rok, a moje własne doświadczenia chciałabym w tym miejscu przytoczyć.

Zima w północnej części tego kraju nie jest może tak chłodna, jak polska, jednak wszyscy z utęsknieniem wyczekują pierwszego dnia roku, będącego jednocześnie pierwszym dniem wiosny. Na dwa tygodnie przed Tet zaczęłam obserwować pewne poruszenie w mieście: skutery pędziły we wszystkich kierunkach, a kolejki w hipermarketach skutecznie zniechęciły mnie do świątecznych zakupów. Zmiany zaszły również w domach – wszystko wysprzątane, ołtarzyki odkurzone, a gospodarze zaopatrzeni w nowe ubrania na pierwsze dni nowego roku.
Tet symbolizuje w kulturze wietnamskiej nie tylko przemianę pór roku, ale również odnowę wewnętrzną, relacji z bliskimi oraz fizyczne oczyszczenie i regenerację.

Na tydzień przed Nowym Rokiem Wietnamczycy obchodzą święto Bogów Kuchennych, którzy według legendy udają się na karpiu do nieba, aby zdać raport o tym, jak członkowie danej rodziny sprawowali się w minionym czasie. W tym dniu składane są im ofiary w postaci papierowych butów, serdaków i czapek. Ze świętem Tet związana jest również inna opowieść. Otóż, w dawnych czasach, kiedy nie było kuchenek elektrycznych czy gazowych, trzy kamienie paleniska symbolizowały trzech bogów kuchennych – dwóch ‘’panów’’ (ong) i jedną ‘’panią’’ (ba).

Oto ich historia:
Dawno, dawno temu w dalekiej mitycznej krainie żyło małżeństwo Thi Nhi i Trong Cao. Ich miłość była wielka, ale niestety do pełni szczęścia brakowało im potomstwa. Harmonia rodziny została zburzona i z dnia na dzień małżonkowie coraz bardziej oddalali się od siebie. Pewnego deszczowego dnia Thi Nhi, po kłótni z Trong Cao, opuściła swój dom. Udała się do innego regionu i po pewnym czasie ponownie wyszła za mąż. Tym razem jej małżonkiem został Pham Lang. Jednak, pomimo miłości, którą się wzajemnie darzyli, kobieta wciąż tęskniła za swoim pierwszym mężem. Trong Cao, po miesiącach bezskutecznego wyczekiwania na powrót żony, postanowił wyruszyć na jej poszukiwania. Stracił na to cały swój majątek i stał się żebrakiem. Jednak po wielu latach, prowadzony siłą miłości, dotarł w końcu do domu Pham Lang. Thi Nhi rozpoznała w żebraku swojego byłego męża. On tymczasem, z powodu chorób i wycieńczenia wędrówką, nie wiedział, iż dotarł do celu. Kobieta przygotowała dla niego posiłek. Syty zasnął spokojnie w ogrodzie. Aby uniknąć upokarzających wyjaśnień przed nowym mężem, Thi Nhi zakryła przybysza sianem.
W tym czasie Pham Lang powrócił z pracy w polu i podpalił siano, aby powstał popiół do użyźniania pól. Niestety Thi Nhi za późno dostrzegła ogień i nie zdążyła uratować Trong Cao od śmierci. Zrozpaczona rzuciła się w płomienie, a za nią Pham Lang, który kochał ją tak mocno, iż nie chciał bez niej żyć. Jadeitowy Władca Niebios poruszony tym nieszczęściem przemienił bóstwa w trzy kamienie paleniska, które od tego dnia przypominają Wietnamczykom o wielkiej sile miłości.

Koniec. To opowieść wietnamska, a więc bez happy endu.

Nie uczestnicząc aktywnie w przygotowaniach świątecznych mogłam całkowicie poświęcić obserwowaniu zmian jakie zachodziły każdego dnia na ulicach Hanoi.

Warto chyba w tym miejscu wspomnieć o jeżdżących po mieście różnorodnych środkach transportu, a następnie o drzewkach cytrusowych porośniętych drobnymi owocami. Drzewka występowały też w wersji brzoskwiniowej, z delikatnymi kwiatkami w barwach od jasnego do ciemnego różu. Wygląda to naprawdę egzotycznie, a na dodatek poprawia humor w te szare dni wietnamskiej zimy.

A propos pogody – zima 2007 roku należała do najchłodniejszych w ciągu 40 lat! Temperatura dochodziła do 7 stopni (na plusie rzecz jasna), a w większości mieszkań nie przekraczała 12, ponieważ zwykle nie są one ogrzewane. Szczęśliwcy włączali klimatyzację, reszta (w tym także ja) przeklinała pogodę.
Cóż za ironia? Uciekłam przed zimą, która owego roku niespodziewanie ominęła Polskę, a w rezultacie marzłam w kraju, który podobno można zaliczyć do tropikalnych! Kolejny paradoks: w Polsce 7 stopni to już prawie wiosna, w Wietnamie zaś to środek srogiej zimy. Argument dla niedowiarków? Proszę bardzo: szkoły, z powodu 7-stopniowego chłodu, były zamknięte na dwa tygodnie, a na wsiach, prawdopodobnie, padło w tym czasie 100 000 sztuk bydła. Tak, nie pomyliłam zer. Pamiętajcie jednak, że Wietnamczycy skłonni są w plotkach do przesady.

Powróćmy jednak do głównego wątku. Przed samym Tet rozpoczyna się czas przyrządzania potraw i robienia zapasów na najbliższe 2 tygodnie – tyle właśnie trwają święta, podczas których większość sklepów i restauracji jest zamknięta.
Nawet rodzina, u której miałam okazję mieszkać, mimo swojej powściągliwości we wdrażaniu mnie w wietnamską kulturę, doradziła mi zaopatrzyć się w jedzenie, sami zaś udali się na wieś. Na polepszenie stosunków, zostawili mi w noworocznym prezencie tradycyjne przysmaki: szynkę w liściu bananowca (gio) i ciasto banh chung, z kleistego ryżu, pasty z fasoli i mięsa wieprzowego.

Tet, poza fajerwerkami, w niczym nie przypomina naszego Sylwestra. Jest to moim zdaniem jedyny czas, w którym Wietnamczycy wracają do własnych korzeni na niemalże wszystkich płaszczyznach swojego życia. To też jedyna okazja w roku, aby założyć tradycyjne stroje, starym zwyczajem udać się do “uczonych” po pięknie wykaligrafowane życzenia czy też obejrzeć wodny teatr kukiełkowy. Obowiązkiem jest również wizyta w rodzinnej miejscowości oraz złożenie darów w pagodzie.

Wigilię Nowego Roku rozpoczęłam tradycyjnie uroczystą kolacją, po której wybrałam się nad jezioro Hoan Kiem, gdzie wraz z tłumem Wietnamczyków i nielicznymi obcokrajowcami przywitałam wietnamski Nowy Rok lunarny. Fajerwerki paliły się przez 20 minut, jednak zaraz po nich większość osób wsiadła na skutery i odjechała. Przed sklepami sprzedawcy poustawiali ołtarzyki, a po północy zapłonęły ogniska, na których palili symboliczne, papierowe ofiary. Trudno to sobie nawet wyobrazić – najdroższe ulice miasta w świetle rytualnego ognia.

Na dodatek, przedsiębiorczy Wietnamczycy rozstawili się z wszelkiego rodzaju wiosennymi ozdobami – od zwykłych gałązek po długie pałki trzciny cukrowej, przystrojone czerwonymi wstążkami.
Ten zwyczaj również ma swoją legendę.

Dawno, dawno temu istniała magiczna kraina, do której przylatywały wszystkie boginki zmęczone pobytem na ziemi. Spędzały tam szczęśliwe chwile, tańcząc i śpiewając, a to, czego dotknęły ręką lub stopą zamieniało się w piękne drzewo. W ostatni dzień roku wszystkie cudowne drzewa traciły liście, aby o poranku odrodzić się na nowo. Przypomina to młode, współczesne kobiety, które na czas Święta Tet zmieniają swe suknie.
Hitem nowego 2007 roku lunarnego okazały się jednak nie młode, zielone gałązki, ale baloniki i inne gadżety z… Myszką Mickey. Dlaczego Wietnamczycy tak mocno upodobali sobie tę sympatyczną postać z bajek Walta Disneya? Otóż powodem była inauguracja Roku Szczura!

Jako “obca”, szczerze mówiąc, bałam się, że mimo przyjaźni z Wietnamczykami, zostanę odsunięta od głównych obchodów Tet. Tymczasem, niespodziewanie drugiego dnia świąt zostałam zaproszona do rodziny Hieu’’a – znajomego, który studiował w Polsce, ale postanowił wrócić do kraju. Z lekkim niepokojem i skrępowaniem, wynikającym z nieznajomości tutejszych zwyczajów, udałam się na uroczysty obiad. Babci Hieu’’a podarowałam tradycyjne kandyzowane owoce (mut Tet), sama zaś otrzymałam w prezencie pieniądze, którymi, obdarowuje się nie tylko dzieci i osoby starsze, ale także znajomych. Okazało się, że na obiedzie zjawiło się mnóstwo gości, ale mimo to, dla mnie także znalazło się wolne miejsce. Przy stole rozmawialiśmy w czterech językach: ze starszym pokoleniem – po wietnamsku, polsku i rosyjsku, z młodszym zaś – po angielsku. Oczywiście, zostałam poczęstowana świątecznymi przysmakami, m.in: smażonym banh chung, przywiezionym ze wsi oraz szalotkami w occie.
Czas spędzony z rodziną Hieu’’a uświadomił mi, czym tak naprawdę jest Święto Tet. To połączenie polskiego Bożego Narodzenia z Nowym Rokiem, Świętem Zmarłych, a jednocześnie obchodami pierwszego dnia wiosny. W ludziach wyczuwa się zmianę, pozytywne nastawienie do świata, a tam, gdzie gromadzą się szczęśliwi i otwarci ludzie, znikają wszelkie bariery kulturowe i językowe.

Tet to jednak nie tylko czas rodzinnych spotkań. To również okres odpoczynku dla rolników i dla pól po dwunastu miesiącach pracy. To czas zasłużonego urlopu dla mieszczuchów, dla zmarłych zaś moment szczególnego kultu.
Odtąd, pomimo, iż jestem cudzoziemką i nie wyznaję buddyzmu, większość rozmów z Wietnamczykami zaczynała się od pytania: “Czy byłaś już dzisiaj w pagodzie?”. Kiedy zaprzeczałam, następowało kolejne pytanie: “No to może chociaż w Van Mieu – Świątyni Literatury?”.

No i w końcu poddałam się czarowi kultury wietnamskiej – trzeciego dnia świąt pojechałam na podbój pagód nad Jeziorem Zachodnim. Wszystkie widziałam już wcześniej, ale w okresie Tet zmieniają się one nie do poznania. Przede wszystkim, zwykle spokojne i tajemnicze stają się wówczas miejscami wypełnionymi wyznawcami, składającymi ofiary przed każdym, nawet najmniejszym, ołtarzem. Wokoło świątyń, jak grzyby po deszczu, wyrastają stoiska pełne tandety oraz rozmaite lokale gastronomiczne.

Moje wrażenia? – tłok, silny zapach kadzideł, a także zaduma nad tym, jak bezpośredni kontakt Wietnamczycy mają z sacrum – czy to z Buddą, czy z lokalnymi bóstwami, czy wreszcie ze swymi przodkami.

W Wietnamie mówi się: “pierwszy miesiąc radowania, drugi zabawy (i to hazardowej), trzeci festiwali”. I jakieś ziarnko prawdy musi w tym być, bo uroczystości w pagodach i innych miejscach obdarzonych szczególną czcią trwają aż do trzeciego miesiąca lunarnego, czyli do kwietnia.

Kolejnego dnia obchodów Tet pojechałam do Świątyni Literatury (Van Mieu). Aby tradycji wietnamskiej stało się zadość, zamówiłam u “scholara” życzenia szczęścia. Brałam też czynny udział w tworzeniu napisu starowietnamskim pismem ideograficznym, podtrzymując czerwony papier i wkładając paluchy w świeży tusz.

Przechodząc przez znane dziedzińce, dotarłam do placu, gdzie właśnie rozpoczynał się przemarsz chińskich żywych szachów. Zawodnicy, symbolizujący piony, podzieleni byli na zespoły kobiet i mężczyzn. W jedwabnych strojach, z ozdobnymi nakryciami głowy prezentowali się uroczyście i wzbudzali powszechny podziw wśród wietnamskiej publiczności, dopingującej każdy ich ruch na ogromnej planszy.

Całej gry jednak nie obejrzałam, ponieważ skusiły mnie odgłosy dobiegające z wodnego teatru kukiełek. Poza rodzicami byłam chyba jedynym dorosłym widzem, co wśród obecnych wzbudziło zainteresowanie nie mniejsze niż to, które wywoływała akcja na scenie.

Po zakończeniu Święta Tet rozpoczyna się okres festiwali, to jest uroczystości obchodzonych w świątyniach, pagodach, domach społeczności i na wiejskich placach.

Ja także postanowiłam wziąć udział w jednym z nich. Kolejnego dnia świąt wdrapałam się na pobliskie wzgórze Dong Da. Miejsce to znane jest dzięki bitwie Quang Trung’’a, który w 1789 roku odparł najazd armii chińskiej na Thanh Long (obecnie Ha Noi).

Zgodnie z moim sprytnym przewodnikiem po wietnamskich festiwalach wiosennych, na wzgórzu miała się odbyć ceremonia religijna, zawody zapaśników, walki kogutów i taniec smoka. Zamiast tego jednak, na scenie pojawili się tradycyjni śpiewacy, których talentu niestety nie byłam w stanie docenić, i czym prędzej uciekłam w poszukiwaniu innych rozrywek. Przedzierając się przez stoiska z watą cukrową, żywymi myszkami i plastikowymi zabawkami, trafiłam na zawodników chińskich szachów, którzy poprzedniego dnia występowali w świątyni Van Mieu, co ostatecznie utwierdziło mnie w przekonaniu, że Wietnam nie jest skansenem, jak życzyliby sobie tego turyści. Świąteczne tradycje wietnamskie podlegają przekształceniom: jedne zanikają, a w ich miejsce pojawiają się nowe, takie jak choćby Myszka Mickey, jako symbol Roku Szczura. Jednak pewne wartości się nie zmieniają się i skutecznie opierają się zachodnim wpływom i nowoczesnym trendom. Myślę tu o więzach rodzinnych łączących Wietnamczyków, które są tak silne, że w tym wyjątkowym okresie zjeżdżają się oni ze wszystkich stron świata, aby zjeść razem uroczystą kolację Tet.

Tekst i zdjęcia: Wiktoria Polońska

 

Sfinansowano ze środków Europejskiego Funduszu na rzecz Integracji Obywateli Państw Trzecich i budzetu panstwa.

flaga