Podobno, aby poznać kulturę danego kraju nie wystarczy spędzić tam wakacji. Należy tam pobyć, pomieszkać, popracować, aby poznać.

Ostatnie pół roku “pobyłam”, “pomieszkałam” i “popracowałam” w Ekwadorze. Wszystko po to, aby dowiedzieć się jak najwięcej o tym niewielkim, acz niezwykle różnorodnym i bogatym w tradycje państwie.

Po powrocie znajomi i rodzina zasypali mnie lawiną pytań, choć w większości brzmiały one podobnie: Jak było: dobrze czy źle? Podobało ci się czy nie? Sympatyczni ludzie czy niesympatyczni? Lepiej niż u nas czy gorzej?
Na żadne z powyższych pytań nie umiałam odpowiedzieć konkretnie: TAK bądź NIE. Na większość z tych pytań odpowiadam słowem: INACZEJ. Nie było ani lepiej ani gorzej. Było po prostu INACZEJ.

Ląduje w Ekwadorze, a dokładniej w biednej prowincji Manabi. To tutaj spędzę swoje następne pół roku życia. Będę pracować w szkole średniej jako nauczycielka języka angielskiego. Zamieszkam w Portoviejo u rodziny ekwadorskiej. Będę jedyną stażystką w tym mieście. Okazuje się, że jestem jedyną “nie tutejszą” w Portoviejo, ale nie jedyną białą. Ku mojemu zaskoczeniu z piątki dzieci w “mojej” ekwadorskiej rodzinie czwórka jest białych, a piąte jest podobne do rodziców. Co ciekawsze, mają tych samych rodziców, a co jeszcze ciekawsze, nikogo to, poza mną, nie dziwi.

Gość-jaki gość? To rodzina.

Z lotniska odbierają mnie członkowie organizacji, z której wyjechałam, a w śród nich dziewczyna, w raz, z którą zamieszkam. Po drodze poznaję jej mamę, siostrę, ojca oraz brata. Pozostałą dwójkę rodzeństwa zapoznaję już na miejscu-w domu. Jest wieczór. Oczekuję, że zjemy wspólną “powitalną” kolację, ale nic takiego nie następuje. Może rodzina postanowiła dać mi odpocząć pierwszego dnia po podróży, a wspólny posiłek zjemy jutro? Nie zjedliśmy. Jestem zaskoczona. Gdzie ta latynoska gościnność? Przecież osoby z Ameryki Łacińskiej są takie serdeczne, uczynne, rodzinne…(Są, ale w inny sposób niż w Polsce). Następnego dnia nikt też mi nie proponuje śniadania.
Myślę sobie, że w Polsce byłoby nie do pomyślenia takie potraktowanie gościa, ale nie jestem w Polsce i nie wiem czy miano gościa wobec mojej osoby jest najlepszym określeniem. W końcu spędzę tu następne sześć miesięcy. Jaki gość siedzi u kogoś pół roku?
Mimo wszystko myślę o polskiej gościnności z rozrzewnieniem. Chwilę później uświadamiam sobie, że będę tu mieszkać za darmo przez cały okres mojego pobytu. Rodzina nie chce ode mnie żadnych pieniędzy. Tak się zastanawiam czy ktoś w Polsce zgodziłby się przyjąć pod swój dach nieznaną Ekwadorkę na sześć miesięcy i to za darmo? Myślę, że nie byłoby zbyt wielu chętnych i nie ze względów finansowych, lecz z powodu długiego pobytu. Polskie powiedzenie: “Gość jest jak ryba: po trzech dniach zaczyna śmierdzieć” chyba nie jest wcale nam takie obce. Nie czulibyśmy się komfortowo mając kogoś obcego tyle czasu, wokół kogo należałoby dookoła “skakać”. I to zdanie zawiera dwie ważne informacje mówiące o tym, jak my Polacy, tratujemy gości. Jest to ktoś z poza naszego kręgu i NALEŻY usługiwać mu. Opiekujemy się naszym gościem, zabawiamy go, dogadzamy mu, bo przecież: “Gość w dom, Bóg w dom”. Ani na minutkę nie spuścimy gościa z pod naszego czujnego oka, honorowe miejsce-dla gościa, największa porcja-dla gościa, najlepsze kąski-dla gościa, dokładeczka-dla gościa. Co jeszcze możemy zrobić? Próbować odgadnąć myśli naszego gościa, bo przecież chcemy, aby nasz gość był szczęśliwy. Jesteśmy odpowiedzialni za jego pobyt do tego stopnia, że odczuwamy poczucie winy, kiedy pada deszcz. Przecież taka pogoda może popsuć jego pobyt. Jesteśmy stale DLA NIEGO. Zawieszamy wszelakie dyskusje niedotyczące gościa bądź mogące go nie zainteresować, odkładamy nasze ważne sprawy “na później”, zwalniamy się z pracy, wstajemy raniutko, aby przygotować mu śniadanko, chodzimy na paluszkach i staramy się za głośno nie oddychać, aby go zbyt wcześnie nie zbudzić, wręczamy mu pożegnalny prezent, a kiedy wyjedzie WYPUSZCZAMY Z SIEBIE GŁOŚNO POWIETRZE i mówimy z ulgą: Ale się umordowałem/am. Dobrze, że już wyjechał. Jeszcze chwilę dłużej, abym nie wytrzymał/a.

A jak czuje się nasz gość? No jak to jak? No wspaniale! Wszystkiego miał w bród…aż nad to! Zastanawiające jest jak to “aż nad to” może być odebrane w innej kulturze. Być może jesteśmy nadopiekuńczymi gospodarzami, przytłaczającymi nadmiarem “atrakcji”. Czy zmuszanie gości do zjedzenia czwartej dokładki na pewno jest takie sympatyczne? Może nasz gość chciałby pobyć chwilę ze sobą sam na sam. Kto wie czy płacenie za niego taksówki i zasypywanie prezentami nie wprowadza go w stan zakłopotania?

Wracając do ekwadorskiej gościnności, to jest ona zdecydowanie różna od polskiej. Mieszkając u kogoś, chodzi o to, aby jak najszybciej stać się domownikiem. Żeby nie bać się otwierać samemu lodówki, szafek czy naszykować sobie czegoś. Rodziny nie zmieniają swoich planów pod gościa. Nie oznacza to, że się nie interesują gościem. Wręcz przeciwnie. Gość zostanie zasypany całą lawiną pytań dotyczących osoby własnej, najbliżej rodziny, przyjaciół, znajomych, jak i dalekich krewnych. Zostanie zaproszony na różne uroczystości rodzinne. Od czasu do czasu mogą go spotkać miłe niespodzianki ze strony gospodarzy. Przy nadarzającej się okazji zostanie poczęstowany jakimś ekwadorskim egzotycznym smakołykiem i oczekuje się, że go pochwali. Ekwadorczycy żyją swoim życiem, a nowo przybyła osoba staje się jego elementem.

Kto Ty jesteś? Ekwadorczyk miły

Wspaniały kraj, piękny kraj…A jacy ludzie! Sympatyczni, wspaniali ludzie! Przyjacielscy, bardzo przyjacielscy! A jaka kuchnia wspaniała! Pyszna kuchnia. A jakie życie mamy! Cudowne! Siedzimy sobie i rozmawiamy. Mamy relacje ludzkie. Relacje ludzkie.- To fragment wypowiedzi Ekwadorki, z którą wdałam się w dyskusję na ulicy. Musze przyznać, że podobnych wypowiedzi na temat Ekwadoru od Ekwadorczyków usłyszałam setki, jak nie tysiące. Ekwadorczycy byli zgodni w swoim pozytywnym odbiorze kraju, ale czy wypada AŻ TAK się chwalić? Za raz, za raz, a czy wypada, jak my Polacy, AŻ TAK narzekać na swój kraj? Przecież jak ktoś nas z boku posłucha to w naszym kraju żyją tylko alkoholicy, oszuści i złodzieje. Z pewnością Polacy mogliby się zapisać do Ekwadorczyków na treningi podwyższające samoocenę.

Lenin z Abrahamem w jednej ławce

Czterometrowy mur zakończony szpikulcami, a obok budka strażnika uzbrojonego w pistolet. Raz na jakiś czas uchyla się niewielka klapka (przypominająca do złudzenia otwór w skrzynce na listy) w żelaznych drzwiach i widać w niej brązowe oczy. To strażnik sprawdza, kto chce wejść. Nie jest to opis więzienia pod zaostrzonym rygorem, lecz szkoły średniej, w której pracowałam. Nie jest to typowa szkoła. Jest to bardzo dobra, prywatna, katolicka szkoła, chyba najlepsza w Portoviejo. Z pewnością to, co zobaczyłam za wysokim murem było najładniejszym miejscem, jakie poznałam w tym mieście. Po przekroczeniu muru mam wrażenie, że znajduję się w oazie, azylu, raju. Jedynie zamiast świergotu ptaków, słyszę wrzask rozbieganych dzieciaków. Dookoła panuje zieleń, wysokie palmy, liczne krzewy, ogromne boisko, trawa, trawa, trawa! Nie przypuszczałam, że na tym wyschniętym skrawku wybrzeża ujrzę kolor zielony! Kolor nadziei.

Jak już wspomniałam szkoła ta nie należy do typowych. W związku z tym, uczęszczają tu nietypowi uczniowie. Uczniowie pochodzą bowiem z bardzo bogatych rodzin (szkoła jest płatna). Pierwsze, co mnie zaskakuje to fakt, że niektórzy uczniowie mają lat dwanaście. Okazuje się, że przedział wiekowy w ekwadorskiej szkole średniej wynosi od lat dwunastu do siedemnastu. Mam wszystkie grupy wiekowe, a w sumie około stupiędziesięciu uczniów. Każdy z nich ma po dwa imiona i dwa nazwiska. Jak ja je zapamiętam?! Zaraz, a właściwie, to, dlaczego mają po dwa nazwiska? Jedno nazwisko po matce, a drugie po ojcu. Całkiem sprytne. Tym to sposobem jest bardzo łatwo zlokalizować czyje to dziecko. No tak, ale jak ja zapamiętam imiona tych dzieci? No choćby jedno…Okazuje się, że lepiej zapamiętać obydwa, gdyż uczniowie często używają w domu jednego, a dla znajomych w szkole drugiego. Tak więc, jak przyjdzie do mnie na rozmowę mama Louisa, może się okazać, że nie wiem o kim mówi, gdyż w klasie znam go jako Eduarda. Czasami też uczniowie używają obydwu imion na raz np. Klara Maria, dzięki czemu można ich odróżnić od innych uczniów np. drugiej Klary w klasie.

Ponieważ są to “wyjątkowe” dzieci mają też wyjątkowe imiona. Kto się spodziewał osiemdziesięciu Carlosów i siedemdziesięciu Mari ten się pomylił. Wyjątkowość dzieci polega na pochodzeniu z bogatych rodzin, co wiąże się z licznymi podróżami rodziców i ogólną “modą na Zachód”. W mojej szkole większość dzieci ma angielskie, francuskie bądź amerykańskie czy rosyjskie imiona (Imiona bynajmniej nie świadczą o korzeniach rodziców). Są zawsze wyjątkowe. Z ciekawych imion zapamiętałam: Lenin, Lady (Pani), Clever (Sprytny/Mądry), Kleber (zhispańszczona wersja Clever), Abraham, Winter (Zima-imię dla chłopca). Muszę przyznać, że ta oryginalność ułatwiła mi ich zapamiętanie. W końcu niecodziennie ma się w klasie na jednej lekcji Lenina z Abrahamem.

Łapówka w herbacie

Mój pierwszy tydzień w pracy. Mój pierwszy większy szok kulturowy. Moja pierwsza “łapówka”.
Pierwsze dni w pracy, a ja nadal nie wiem, co będę tutaj robić. Wydawało mi się, że wiem, co będę tu robić, choćby na podstawie mojego kontraktu. W praktyce okazuje się, że mój koordynator oczekuje ode mnie rzeczy, o jakich nie było mowy w kontrakcie…Idę sobie po balkonie, z którego wchodzi się do poszczególnych klas i widzę jak jeden z uczniów szturcha sześćdziesięcioletniego nauczyciela, zagaduje, a następnie uderza go lekko pięścią w bark, tak po przyjacielsku, jak robią to kumple między sobą. Myślę sobie: Aż to gagatek z niego! Nauczyciel wbrew moim oczekiwaniom nie reaguje gniewem, lecz uśmiechem…Wkrótce mam się przekonać, że będę miała stupiędziesięciu takich gagatków.

Po jednych z pierwszych zajęć podbiegają do mnie uczennice i mnie całują!!! Nie wiem, co zrobić. Ich zachowanie jest wyrazem wdzięczności za ciekawe zajęcia oraz wyrazem aprobaty oraz…chęcią wkupienia się w łaski…Wszystkim po trochu.

Pytam się Ekwadorczyków z pracy jak należy zachować się w sytuacji, gdy uczniowie mnie całują? Jakie tu są przyjęte normy? Chcę mieć dobry kontakt z uczniami, ale nie mogę stać się ich przyjaciółką. Mam być obiektywną nauczycielką. Jeden z nauczycieli informuje mnie, że mogę pozwalać, aby mnie całowały uczennice, ale nie uczniowie. Tak. I jak tu mówić o obiektywizmie, równym traktowaniu i braku dyskryminacji płci?
Po pierwszym tygodniu, na przerwie, podchodzi do mnie piętnastoletnia uczennica, wręcza mi w małym plastikowym pojemniczku (podobnym do tego, w którym sprzedawana jest śmietana do kawy) soczek o smaku mango do herbaty, oznajmia: “Teacher, you are the best teacher in the World!” (Nauczycielko, jesteś najlepszą nauczycielką na świecie!), a następnie mnie przytula. Próbuję wykręcić się od przyjęcia prezentu. Dziękuję, mówię, że to niepotrzebne, ale uczennica oznajmia, że to nic wielkiego i odchodzi z uśmiechem na twarzy. Tak więc zostałam z “łapówką” w dłoni, a dokładniej w herbacie.
Zastanawiam się jak odróżnić sympatię i wdzięczność za ciekawe zajęcia od “wazeliniarstwa”. Jak uchronić się od “łapówek”? W Polsce nie miałabym takiego problemu. Z obawy przed nazwaniem “lizusem” nikt nie odważyłby się na taki gest.
Tego samego dnia podchodzi do mnie uczeń i chce pożyczyć ode mnie pieniądze. Nie wiem, co wywołało we mnie większe zdziwienie: łapówka czy chęć pożyczki…

Wokół mojej osoby widzę zainteresowanie. Pojawiła się biała nauczycielka! Informuję uczniów, że jestem z Europy z Polski (pokazuję na mapie). Dodaję, że mówię po polsku (język ojczysty), angielsku, francusku i troszkę po hiszpańsku, w związku z czym nie będziemy rozmawiać po hiszpańsku, lecz angielsku (Nauczyciele języka angielskiego w mojej szkole mają zakaz odzywania się do uczniów w języku hiszpańskim). Następnie uczniowie pytają mnie: Czy polski jest taki sam jak angielski?, Czy polski jest bardzo podobny do angielskiego? Czy nauczę ich francuskiego bądź powiem im coś po polsku?, Czy polski jest podobny do niemieckiego?, Czy polski jest łatwiejszy od hiszpańskiego?, itp.

Kilka dni później otrzymuję karteczkę od uczniów z jednej klasy. Widnieje na nim wyznanie, jeśli nie miłości, to przynajmniej wielkiej sympatii oraz zdjęcia kilku dziewczynek z tej klasy. Praca w szkole nie jest jednak tak różowa jak karteczka od tych uczniów…
Szybko dowiaduję się, że w prywatnym liceum uczniowie mają dostawać dobre oceny, bo to świadczy, że są dobrymi uczniami, a za to płacą rodzice, którzy potrafią się wykłócać o to, że ich córunia zamiast dwudziestu punktów ma tylko dziewiętnaście (skala ocen w Ekwadorze jest 20 punktowa), choć pewnie nie powinna dostać nawet jednego. Po pierwszym miesiącu w tajemniczy sposób większość ocen wystawionych przeze mnie ulega zmianie…

Okazuje się, że ta pewność uczniów, że wybłagają dobre oceny bądź ich rodzice je zmienią ma wiele negatywnych skutków. Nie czują potrzeby uczenia się. Na lekcjach dziewczyny robią sobie makijaż, chłopcy grają w gry, robią dosłownie wszystko. Myślę sobie, że testują młodą, nową nauczycielkę. Spoglądam przez przezroczystą ścianę (Wszystkie sale są przeszklone, tak, więc widzę sześciu innych nauczycieli w małych salkach) chcąc zobaczyć jak wyglądają zajęcia u ekwadorskich nauczycieli. Ku mojemu zdumieniu wyglądają podobnie. Uczniowie wchodzą na głowę nauczycielom, którzy boją zwrócić się uwagę uczniom ze strachu przed utratą pracy.
Słyszę jak uczniowie krzyczą do nauczyciela, który pożyczył coś od nich na chwilę: Teacher, ołówek!, Teacher, moja książka!, sami zaś pożyczają od nauczycieli bez pytania.
Postanawiam, że nawet jeśli nie nauczę ich języka angielskiego, to zmuszę ich do myślenia. Ciągle powtarzam pytanie: Dlaczego?:

Ja: Kim chciałbyś zostać w przyszłości i dlaczego?
Uczeń: Lekarzem.
Ja: Dlaczego?
Uczeń: Teacher po co to “dlaczego”?
Ja: Jestem ciekawa
Uczeń: Nie wiem…
Ja: Zastanów się.
Uczeń: Chce być lekarzem, bo lubię.
Ja: Co lubisz?
Uczeń: Bo mój tata jest lekarzem.

Rozmowa z ponad setką uczniów pokazała mi, że wystarczającym powodem wyboru zawodu jest fakt, że ojciec dziecka wykonuje taki sam (Czyżby chodziło o łatwiejszy start w życiu zawodowym czy kontynuację rodzinnego biznesu?):
Chcę zostać inżynierem, bo mój tata jest inżynierem, Chcę zostać architektem, bo mój ojciec jest architektem, itd.
Staram się dowiedzieć o czym marzą moi uczniowie, jakie mają hobby, gdzie chcieliby pojechać? Ich odpowiedzi zaskakują mnie. Większość z nich chce odwiedzić Stany Zjednoczone lub tam zamieszkać, ale jednocześnie nie czują potrzeby uczenia się języka angielskiego. Poza tym, chcą zobaczyć wysoko rozwinięte państwa Europy (Francja, Anglia, Hiszpania, Niemcy) bądź Ameryki Południowej (Argentyna, Brazylia). Z kolei, 97% uczniów na pytanie, co lubią robić w wolnym czasie odpowiada: spać. Co ciekawe, inna grupa uczniów zapytana o jedno z milszych wspomnień dzieciństwa odpowiedziała z rozrzewnieniem, że to było spanie. Nigdy wcześniej nie myślałam o spaniu w kategoriach spędzania wolnego czasu. Zawsze wydawało mi się, że doba ucznia jest podzielona na: spanie, uczenie się i czas wolny. Zastanawiam się czy spanie jest ważnym elementem w ich kulturze czy to przedziwny zbieg okoliczności u stupięćdziesięciu moich uczniów.

Ciężko jest mi się odnaleźć w pogmatwanym systemie tej szkoły, ale odnoszę wrażenie, że moim uczniom też nie jest za lekko. Trudno powiedzieć, żeby mieli stały plan. Nigdy nie wiedzą czy w danej godzinie na języku angielskim trafią do mnie na zajęcia, czyli na “zajęcia z nauczycielem” czy będą pracowali na komputerach czy może odbędą tak zwane “ekstra aktywności”. Tego nie wiedzą też pozostali nauczyciele języka angielskiego ani koordynator. Wie to jedynie sekretarka instytutu angielskiego, która niestety nie mówi po angielsku. Uczniowie nie wiedzą również, kiedy będą mieli egzamin, dlatego trudno mówić o jakimś lepszym przygotowaniu z ich strony do tego wydarzenia. Na egzaminie notorycznie ściągają i nakłaniają nauczycieli do pomagania im. Nie dziwi mnie to specjalnie, gdyż przypomina mi to Polskę, no może z tą małą różnicą, że chyba do rzadkości należałby taki oto tekst:
“Niedobrze teacher. Nie dobrze. Nie chcesz mi pomóc. Nie ładnie. Bardzo nieładnie. Cmokanie.”. Po chwili jednak uświadamiam sobie, że polski nauczyciel nie doświadczy również takiego ogromu sympatii jawnie okazywanego. Nawet, jeśli uczeń uwielbia swojego nauczyciela “nie wypada mu” przed kolegami publicznie tego okazywać. Kultura ogranicza.

Podziel się ze mną swoimi bakteriami

W Ekwadorze dzielimy się wszystkim i ze wszystkimi. Nie ma znaczenia czy mamy jedno ciasteczko czy nawet jedną cząsteczkę czekolady (Nie jest to przerysowany przykład! Sama byłam świadkiem jak pewna koleżanka proponowała podzielenie się właśnie jedną cząstką czekoladki!). Dzielimy się również piciem z tej samej butelki nawet z nieznanymi nam osobami.

Chciałoby się rzec, że dzielimy się również naszymi bakteriami…Na przykład w szkołach nie ma tradycji zostawania w domu, gdy jest się chorym (poza bardzo poważnymi chorobami zakaźnymi typu ospa wietrzna/świnka). Na lekcjach często miałam uczniów z grypą. Ledwo słaniali się na nogach, mieli wysoką gorączkę, wątpię, aby ich mózg dobrze przyswajał nowe słówka z języka angielskiego, a co najgorsza zarażali wszystkich dookoła. Próbowałam doradzić im wizytę u lekarza szkolnego, ale kultury nie zmieni się tak łatwo. Nawet zagrożenie wirusem AH1N1 potocznie zwanym świńską grypą nie było na tyle silne, aby powstrzymać od chodzenia do szkoły uczniów z podejrzeniem tej choroby. Dlaczego? Czyżby uczniowie chcieli tak bardzo się uczyć? Nie. Jednak nie chcieli być w domu samemu, gdyż bycie samemu to najgorsza z rzeczy…

Najgorsza kara-być samemu

Ląduje na lotnisku w Mancie. To mój pierwszy dzień na ekwadorskiej ziemi. Po koszmarnie długim locie wychodzę i rozglądam się za…No właśnie za kim? Nie wiem czy odbierze mnie Ekwadorka, u której zamieszkam czy Polka odbywająca tam staż. W Ekwadorze nic nigdy nie jest pewne! Polka napisała mi, abym się nie martwiła, że ktoś mnie odbierze. No to się nie martwię. Wiem jak wygląda Polka, z którą wcześniej zdążyłam porozmawiać przez skype i wiem również, że Ekwadorka jest blondynką. To mi wystarcza. Rozglądam się i zauważam je obie. Całuję na powitanie. Obok nich jacyś Ekwadorczycy czekający zapewne na swoich krewnych. Nagle jeden z nich zarzuca mi girlandę zrobioną ze sztucznych kwiatów, a inny obsypuje “anielskimi włosami”. Okazuje się, że wszyscy członkowie z tej organizacji przyjechali mnie powitać. Całuje jakieś osiemnaście osób! Po chwili, jeden z chłopaków pyta mnie się czy nie zabrałam z Polski jakiegoś bagażu ze sobą. Zauważam, że z wrażenia (że tyle osób mnie wita) zapomniałam zdjąć swój bagaż z taśmy. Następnie wszyscy pomagają mi z bagażem i razem jedziemy do domu stażystów. Wszyscy starają się ze mną porozmawiać, a następnie zaprowadzają na najbliższy bazar z jedzeniem w celu zapoznania z nowym miejscem. Wszystko wszyscy razem, bo jak wiadomo razem raźniej!

Kolejne zaskoczenie przeżywam, kiedy docieramy do domu, w którym zamieszkam. Okazuje się, że nie do wszystkich pokoi są drzwi. W Ekwadorze powiedzenie: Nie należy zamykać się na ludzi chyba traktowane jest dosłownie. W wielu innych domach na wybrzeżu zauważyłam, że poza drzwiami wejściowymi często brak pozostałych drzwi, a łazienka odgrodzona jest zasłonką.

Ekwadorczycy lubią być razem. Pamiętam jak Ekwadorka, u której mieszkałam często proponowała mi, abym wzięła swojego laptopa i poszła pracować do jej pokoju koło niej, żebym nie czuła się samotna. Tak więc, obie leżałyśmy na łóżku koło siebie z laptopami i każda robiła co innego, ale żadna w samotności.

Kultura ekwadorska jest kulturą kolektywną. Rodzina, przyjaciele są bardzo ważnym elementem “ja”. Większość osób chcąc okazać szacunek nowopoznanej osobie przedstawia ją swojej rodzinie bądź przyjaciołom. Pamiętam jak pojechałam na uniwersytet w Mancie i tam poznałam pewną miłą dziewczynę o imieniu Sayonara. Sayonara (niemająca żadnych japońskich korzeni) po piętnasto minutowej znajomości przedstawiła mnie wszystkim swoim znajomym. Innym razem, znajomy z Quito pokazał mi wszystkie rodzinne zdjęcia i oznajmił, że przy następnym spotkaniu poznam jego wszystkie kuzynki i kuzynów.
Co więcej, raz na jakiś czas przyjaciele i znajomi z Manty dopytywali się, co tam słychać w mojej rodzinie. Pytanie to za pierwszym razem wprawiło mnie w ogromne osłupienie, gdyż nie przywykłam do opowiadania o rodzinie osobom, które nigdy jej nie poznały.

Inna sytuacja, jaka mi się nasuwa na myśl, to, kiedy pewnego dnia jadłam sobie na dole w kuchni jogurt. Rozmawiałam z “ekwadorskim bratem”, poczym on zaczął wspinać się na schody na klatce schodowej i powiedział:

On: Jeśli chcesz możesz zabrać jogurt i zjeść go na górze.
Ja: Po co?
On: Możesz zjeść na górze u jednej z moich sióstr.
Ja: Ok. (Dałam znak, że zrozumiałam po hiszpańsku, choć nie zrozumiałam sensu).
On: Możesz zjeść na górze, żeby nie jeść w samotności.
Ja: Rozumiem. Dziękuję, ale mnie to nie przeszkadza. Tym razem zjem tutaj.

Ta sytuacja pokazała mi jak straszną rzeczą w życiu Ekwadorczyków jest być samemu…Z kolei, ja zrozumiałam, jak ciężko jest mi być ciągle z kimś… nieomal dwadzieścia cztery godziny na dobę zawsze z ludźmi….

Bóg jest wszędzie

W Ekwadorze, podobnie jak w Polsce, 95% społeczeństwa stanowią katolicy. Na wybrzeżu nie zauważyłam, aby kościoły były przepełnione w niedzielę, ale ślady Boga dostrzegałam nieomal na każdym kroku. Chyba nie jechałam ani jedną taksówką, w której nie wisiałby zaczepiony o wewnętrzne lusterko różaniec, a kierowca nie przeżegnałby się na widok krzyża. W autobusach prawie zawsze widniały naklejki z Matką Boską. Na bezdrożach pojawiały się czasami billboardy z obliczem Jezusa Chrystusa i podpisem “Amigo que nunca falla” (Przyjaciel, który nigdy nie zawodzi). Również w mniej widocznych miejscach można było dostrzec napisy mówiące o Bogu, jak np. w toalecie publicznej…:
“Estes triste? El mundo te puede abondonar menos Dios. Dios te bendiga[…]”
(Jesteś smutny? Wszyscy mogą cię porzucić, ale nie Bóg. Bóg Cie błogosławi[…]).
Z pewnością nigdy nie zapomnę jak przejechało auto, które miało z tyłu nalepiony napis:
“Vehiculo protegido con la sangre de Jesucristo” (Pojazd strzeżony krwią Jezusa Chrystusa).

Mamy czas

W Ekwadorze mamy czas…Mamy czas na wszystko, a w szczególności na życie: na zabawę, na odpoczynek w hamaku. Nie spieszymy się, mamy prawo do spóźnienia. W Polsce, a zwłaszcza w Warszawie żyjemy bardzo intensywnie. Jesteśmy w ciągłym pośpiechu, wiecznie w stresie, w ciągłym napięciu i stanie wiecznej gotowości, żeby nie przegapić jakiejś okazji pt. “Jeśli nie wyjadę w te wakacje to już nigdy mi się nie uda! Muszę teraz!”. Ekwador charakteryzuje spokój. Ludzie żyją w przekonaniu, że mają czas na wszystko i jeszcze zdążą zrobić coś, co zaplanowali, jak nie w tym roku, to w następnym.

Aby to uzmysłowić zacytuję fragment mojej rozmowy z “ekwadorską siostrą”:

Ja: Nie chciałabyś zobaczyć Galapagos?
Ona: Chciałabym.
Ja: To może pojedziesz ze mną?
Ona: Nie mam pieniędzy.
Ja: Jeżeli twoja rodzina pozwoliłaby mi płacić za pokój w waszym domu, w którym śpię, to po kilku miesiącach uzbierałyby ci się pieniądze na wycieczkę.
Ona: Nie. My oferując komuś zamieszkanie u nas liczymy się z jakimiś dodatkowymi kosztami i stać nas na to. Gdyby nas nie było, nie zapraszalibyśmy kogoś do siebie.
Ja: Rozumiem. To niezwykle uprzejme z waszej strony. Jestem wam bardzo wdzięczna, ale…
Ona: Ja mam czas. Ja wiem, że mam przed sobą całe życie. Ekwador to mój kraj. Pojadę kiedyś na Galapagos. Mogę pojechać na Galapagos nawet na emeryturze. Ty jesteś obcokrajowcem. Nie wiesz czy tu powrócisz jeszcze. Musisz korzystać póki jesteś. Ja mam czas…

Ekwadorczycy nie lubią robić niczego w pośpiechu. Pamiętam, jaki szok przeżyłam, kiedy zobaczyłam dekoracje bożonarodzeniowe w sklepie JUŻ w październiku! Postanowiłam zapytać ekwadorską koleżankę o przyczynę tak wczesnych dekoracji świątecznych:

Ja: Widziałam założone lampki w sklepie. Czy dekoracje świąteczne są u was zawsze tak wcześnie?
Koleżanka: Wcześnie?
Ja: Według mnie to wcześnie. Mamy pierwszy tydzień października, a Święta są pod koniec grudnia. Dlaczego więc w październiku są już dekoracje?
Koleżanka: My nie lubimy kupować prezentów chwilę przed świętami, w biegu. Myślimy o tym długo przed. Gdyby każdy chciał kupić prezenty na ostatnią chwilę, to auta nie pomieściłyby się na parkingu przed sklepem.

Uśmiech lekarstwem na wszystko

Uśmiech jest wszędzie: w szkole na twarzy uczennicy, u pani na straganie sprzedającej owoce, u pana kierowcy i jest on prawie zawsze. Nawet czasem, kiedy nie jest nam dobrze. Zauważyłam, że w Ekwadorze (przynajmniej na wybrzeżu) ludzie rzadko wyrażają negatywne emocje. Odczuwają je z pewnością, ale nie wyrażają. Oczywiście nie jestem w stanie uwolnić się od myślenia pod tytułem: Czy to dobrze? Czy to zdrowo tłumić w sobie negatywne emocje? Czy lepiej wyrażać czy nie?

Być może chcą uniknąć dalszych możliwych negatywnych konsekwencji wyrażenia negatywnych emocji. Tak sobie właśnie przypominam, że “moi ekwadorscy bracia”, a zwłaszcza jeden, grali po kilka godzin dziennie na elektrycznych gitarach. Czasami wychodzili przed dom. Ja to znosiłam, gdyż bardzo lubię rockową muzykę (miałam szczęście, że też im odpowiadał ten gatunek muzyki), ale sąsiedzi…No właśnie…nigdy się nie skarżyli.
Poza brakiem wyrażania negatywnych emocji można zauważyć radość Ekwadorczyków z wielu rzeczy. Pamiętam jak bardzo Ekwadorczycy z mojej organizacji cieszyli się z każdego nowoprzybyłego stażysty.

W jakim napięciu ich wyczekiwali, ale radowali się nie tylko takimi większymi wydarzeniami. Na samym początku udzielali mi porad. Często padały słowa: nie martw się. Cieszyli się wszystkim, każdą chwilą, po prostu życiem. Zastanawiałam się skąd to u nich się wzięło? Przypuszczam, że jednym z czynników wpływających może być fakt, iż nie mają oni za wiele i doceniają wszystko, czym los ich obdaruje.
Po pewnym czasie sama zauważyłam, że zaczęły mnie cieszyć rzeczy drobne, błahe.

Si se puede

Si se puede (To jest możliwe/Uda się) możemy często usłyszeć w Ekwadorze, a jeszcze częściej w trakcie meczu piłki nożnej. Co ciekawe, mecz, w którym gra Ekwador jest ważnym wydarzeniem narodowym! Mecz oglądają wszyscy: mężczyźni, kobiety, dzieci. Przy ważnych meczach miasta stają się żółto niebieskie od ludzi paradujących w narodowych barwach. W specjalne koszulki ubierane są nawet malutkie dzieci czy…psy! W niektórych instytucjach na ważny mecz pracownicy są zwalniani z pracy (Sama tego doświadczyłam!), aby mogli go sobie obejrzeć. Jeśli chodzi o miłość do tego sportu, to można ją nazwać naprawdę miłością narodową. Nigdy w życiu nie widziałam tylu kobiet z zapartym tchem oglądających mecz, rozmawiających o piłce nożnej czy noszących z dumą koszulki ligowe. Co więcej, mężczyźni nie traktują tego jako “chęć przypodobania się im”, lecz autentyczną pasję do tego sportu! Muszę przyznać, że jest to zaraźliwe…(Tak na marginesie to wszyscy Ekwadorczycy wiedzieli jedną rzecz o Polsce, to że z nią wygrali trzy lata temu na Mundialu w Niemczech.).

Wyrażenie Si se puede nie dotyczy jedynie gry w piłkę nożną, w czasie której zachęca do walki i utwierdza w przekonaniu, że drużyna Ekwadoru może wygrać. W wielu trudnych momentach, kiedy sytuacja wydaje się patowa, Ekwadorczycy dodają otuchy mówiąc: Si se puede, co można przetłumaczyć na: Uda się! / To możliwe! / Dasz radę!

Ekwadorczyków charakteryzuje nie tylko wielki uśmiech, ale i optymizm!

Banan bananowi nie równy

W Ekwadorze możemy spotkać najoryginalniejsze warzywa i owoce. Wiele z pośród nich nie występuje nigdzie indziej na świecie. Na początku mego pobytu robiłam im zdjęcia i zapisywałam ich nazwy. Postanowiłam stworzyć swój mały leksykon ekwadorskich warzyw i owoców. Wkrótce okazało się, że powinnam napisać raczej wielką encyklopedię ekwadorskich warzyw i owoców…Ich różnorodność jest przeogromna. Począwszy choćby od bananów, które często nie przypominają w smaku bananów-to znaczy nam znanych w Polsce bananów. Na wybrzeżu bardzo często do obiadu koło ryby i ryżu dostajemy coś, co bardziej już przypomina nasze twarde niedogotowane usmażone ziemniaki niż banany. To są platanos, czyli niedojrzałe banany pokrojone w prążki i usmażone na oleju. Z kolei, te same banany tylko dojrzałe, smażone, słodkie, miękkie zwane są maduros, czyli dojrzałe i należą do moich ulubionych. Mamy również malutkie słodkie bananki Chiquita. Czasami możemy spotkać też się z czerwonymi słodkimi bananami. Ich smak naprawdę się wyróżnia (to nie tylko kwestia innego zabarwienia skóry)! Jak się okazuje banan bananowi nie równy.

W Ekwadorze wszystko jest naturalne w stu procentach. Jako alergik pokarmowy mogę zapewnić, że nie dodają konserwantów. Moja alergia w Ekwadorze zniknęła. Początkowo bardzo sceptycznie podchodziłam do tutejszej kuchni. Grejpfruty i pomarańczki o zielono-żółtym kolorze nie zachęcały do jedzenia. Okazało się jednak, że wcale nie są kwaśne! Niektóre produkty szokowały swoim ogromnym rozmiarem, jak choćby marchewka wielkości nie dłoni, lecz całej ręki!

Ekwador podzielony jest na cztery części: costę (wybrzeże), sierrę (łańcuch górski), oriente (dżunglę) oraz Wyspy Galapagos.

Costa swą popularność zawdzięcza owocom morza, zaś do najbardziej typowych dań zaliczyć można cebiche (surowa ryba/owoce morza marynowane w soku z cytrusów łączone z warzywami i podawane jako danie) oraz encebollado (zupa cebulowa z chipsami), zaś popularnym trunkiem jest Cania Manabita, czyli wódka zrobiona z trzciny cukrowej. Koniecznie należy spróbować świeżego wyciskanego z owoców soku To naprawdę w stu procentach natura!

Na sierrze możemy skosztować smaczne mięso cuy (świnki morskiej) smażone bądź podawane w zupie. Jest to przysmak drogi (piętnaście dolarów za sztukę), jedzony częściej przez turystów niż lokalnych. Ponadto warto spróbować bardzo dobrą zupę o nazwie: locro bądź locro de papas con kesseo (krem ziemniaczany z serem i avocado). (Każe locro jest kremem ziemniaczanym, ale możemy się spotkać z dwojakim zapisem tej zupy).
W dniu Wszystkich Świętych pije się fioletowy napój o nazwie Kola Morada (bezalkoholowy napój z fioletowej kukurydzy). Osoby cierpiące na chorobę wysokościową powinny wypić herbatkę z liści koki (niepowodującej żadnego “wyskokowego” zachowania). Liście koki w herbatce mają na nas taki wpływ jak mak w polskim makowcu. Żaden.

Jeśli chodzi o oriente, to przysmakiem są: smażone larwy oraz sałatka z serca palmy. Niektórzy mogą zostać uraczeni większego rodzaju gryzoniem oraz poczęstowani chichą, czyli sfermentowanym napojem z kukurydzy.

Z kolei, na Wyspach Galapagos poza rybami, kiedyś można było spożywać najwyższej jakości wołowinę. Obecnie ze względu na objęcie wysp ochroną, jaka się należy rezerwatowi, eksport wołowiny został zaniechany.

Większość z nas ma tendencję do wartościowania. Ja również.
STARAM się nie oceniać, choć nie jest to łatwe.
Jednym z głównych powodów podróżowania poza zarobkowym, jest chęć doświadczenia INNEGO. Pragniemy doświadczyć innego krajobrazu, klimatu, kuchni. Ta inność sprawia, że świat jest ciekawszy, bardziej kolorowy. To dla niej chcemy przemierzać lądy i oceany. Gdy wybieramy się na wycieczkę do innego kraju, zauważamy, że panują w nim odmienna kultura i obyczaje (np. obowiązek zdejmowania butów przed wejściem do muzułmańskiej świątyni). Nie zastanawiamy się nad tym zbytnio. Nie kwestionujemy. Jedyne pytanie jak zadajemy sobie i innym brzmi: Co robić? / Czego nie robić? Zwyczajnie wykonujemy pewne czynności, rytuały po przez szacunek dla innych. Kiedy jednak przyjdzie nam mieszkać dłużej w odmiennej kulturze zaczynamy wnikać głębiej. Pytamy już się nie o to, co robić, lecz: Dlaczego to robimy? / Dlaczego tego nie należy robić? Nie na wszystkie pytania znajdujemy odpowiedź, a nawet, jeśli ją znamy, nie zawsze nam się ona podoba.
Słyszę: “Wróciłaś. To jednak nie to, co u nas…”. Wróciłam, bo planowałam wrócić. Tak, to nie to, co u nas, ale właśnie dlatego tam wyjechałam, żeby poznać INNE, a INNE nie było lepsze ani gorsze, było po prostu inne…

P.S. Do mojej listy niezbędnych rzeczy zaczynających się na literę “p” służących lepszemu poznaniu dodaję (już po powrocie z Ekwadoru): pobawić się, po podróżować, pojeździć autostopem, porozmawiać z lokalnym i obcokrajowcami na temat kraju, potańczyć tradycyjne tańce, pośpiewać miejscowe przeboje, posłuchać miejscowych legend i opowieści, popatrzeć na wszystko nie dwa, lecz sto razy, po przyjaźnić się z lokalnymi, posmakować miejscową kuchnię, poleniuchować w hamaku, poplażować się, pospinać się w góry bądź na wulkan, pisać pamiętnik, pouczyć polskiego, a przynajmniej kilku słów, które chcielibyśmy usłyszeć z ust naszych przyjaciół, pograć w lokalne gry, a przede wszystkim POLUBIĆ!

Tekst i zdjęcia: Ewa Charzewska